Menu

Licznik

Jesteś 20198 gościem na mojej stronie.


16 marca 2009, 22:20

Tak mnie jakoś na refleksje wzięło...
    Grabaż śpiewał kiedyś, że 'nawet ci do twarzy z trupem', tak a propos miłości do Kurta Cobaina i noszenia koszulek z jego podobizną. Też chciałabym koszulkę z 'trupem', aczkolwiek nie z Kurtem, tylko z Hide. Niestety Polski rynek gadżetowo-koszulkowy nie przejmuje się fanami japońskiego rocka i nie oferuje takich rarytasów :(
    Heh, niektórzy już wiedzą, niektórzy nie, albo nie mają pojęcia o co chodzi, ale pochwalę się też na blogu: przeżywam na nowo starą miłość. Ale to taką prawdziwą, zajebistą, platoniczną do X-Japan. Kto zna, ten wie. Kto nie zna, a chciałby wiedzieć co to - odsyłam do YouTube'a.
I tak wracając do początku notki - ciężko jest kochać nieżywych artystów. Wydaje się to proste, bo niby go nie ma, ale przecież pozostawił po sobie muzykę, czyli też część siebie (wszak ludzie nadal wierzą, że Elvis żyje!). Jednak jest to trudne. Patrzysz na filmy, koncerty sprzed lat, słuchasz muzyki i jest ci cholernie źle z tym, że ten ktoś odszedł 10 lat temu i tak naprawdę teraz tylko możesz w kółko odtwarzać jego muzykę, ale nie usłyszysz już nic nowego, co mógłby stworzyć (no, chyba że nagle ktoś wygrzebie stare, niewykorzystane nagrania ze studia, jak w przypadku utworu I.V). Ehh...

    Marny tydzień. Aga powiedziała, że jeszcze się przecież nie zaczął, co marudzę... Ale ja już wiem. Zaczął się marnie w sobotę i pogorszył w niedzielę i tak trwa chujowo. I nie zapowiada się na poprawę. I może się wydarzyć tylko jedna rzecz, która albo zjebie wszystko do końca, a ja będę mogła zacząć kolejny epizod życia od nowa, albo się poprawi sytuacja, która jest.
Jak zwykle głupie sprawy damsko-męskie psują mój piękny, spokojny żywot :[ Mówiłam, że bez facetów jest mi lepiej! A się jakiś pojawi, to musi coś namącić... Wrrr...

komentarze( 1 )

 

14 lutego 2009, 23:17

    Dzisiejszy dzień sponsorowała literKa K. Bo taK :)
Typy, Które padły:
kabłąk
Konstantynopolitańczykowianeczka (Krzyś chciał być sprytny)
kakao (Kuba :] )
konefka
kaktus, katatonia, klaustrofobia, klimakterium
Kuba
konserwa
Kwarantannaaaa
kura, kapiszon, ksylograf, keczonez

Kilka osób się pobawiło, ale ogólnie chyba nie Kumali Klimatu :] Już nie mówiąc o całej reszcie, Która nie wzięła udziału w zabawie. Ehh, ciężKo teraz zainteresować szare ludziKi....

komentarze( 2 )

 

12 lutego 2009, 23:22

    Wizyta u laryngologa w końcu przyniosła jakiś rezultat. Dostałam swój antybiotyk i nareszcie z radością widzę, że spadła mi gorączka, a temperatura ciała wróciła do normalności. Dziwne, bo fizycznie wcale nie odczuwam poprawy i gdyby nie termometr, to nawet bym jej nie zauważyła.
    A pana doktora to ja dzisiaj trochę zadziwiłam. Wiedziałam, że choroba przytępia umysł i ogólnie się czuję otępiała i ogłupiała już od dwóch tygodni, ale dzisiaj się przekonałam jakie to poważne. Pan doktor pyta się mnie o imię i nazwisko, ja mówię; pyta mnie się o wiek, a ja... yyyy.... popadłam w taką konsternację i autentycznie.... nie wiedziałam...!! Potrzebowałam dłuższej chwili na to, by sobie uprzytomnić ile mam lat. Jak zaczęłam się śmiać (chyba pierwszy raz od kilku dni) pan doktor zapytał, w którym roku się urodziłam (to wiedziałam!) i jakoś wówczas żeśmy doszli do wieku...
Ale to takie dziwne i zarazem fajne mieć pustkę w głowie gdy ktoś cię pyta o wiek. Nie wiedziałam ile mam lat, hahaha :D To chyba dlatego, że dawno nikt mnie o to nie pytał i nie musiałam o tym myśleć, ani tego wiedzieć :)

komentarze( 0 )

 

09 lutego 2009, 15:26

    Dziś znowu mam dobry humor :) Łał! Odwiedził mnie dziś znajomy i przyniósł mi czekolade! :D Haha! Pierwszy raz w życiu (od chyba 10 lat) ktoś mnie z dobrej woli odwiedził w chorobie i to wcale nie po to, żeby przynieść mi lekcje. I wcale nie musiałam o to prosić! :)
    Choroba nieco zelżała, więc i ja się z łóżka podniosłam. Ale dalej nic nie robię. Byłam rano u lekarza, ale niczego się ciekawego nie dowiedziałam, dostałam recepte i nara. Jedna dobra rzecz była w tym, że wyszłam na zewnątrz i przez chwilę mogłam poczuć na twarzy ciepło zimowego słoneczka, które nareszcie wyjrzało. Teraz mi ciągle świeci w okno i widać cały kurz na biurku... Ale leży tu za dużo gratów, żeby mi się chciało sprzątać :]
Generalnie to czuję się jak jakiś zwierzak hodowany w klatce. Chodzę sobie, leżę, co jakiś czas ktoś mnie nakarmi... Taka pusta wegetacja znowu. Chce mi się do ludzi :/ Nie lubię być tak długo w zamknięciu. I chcę na jakąś imprezę. Dobrze się pobawić, pośmiać, napić, pogadać z kimś. Nudzi mnie to chorowanie. Już chyba bym wolała mieć zajęcia. Przynajmniej miałabym co robić, uczyć się, martwić o to, jak się wyrobić z czasem i być w dwóch miejscach na raz. Coś by się działo. A tu w domu.... Nie lubię siedzieć w domu, kiedy muszę :/

komentarze( 0 )

 

07 lutego 2009, 21:27

    Obiecałam Kathe, że pomyślę nad napisaniem czegoś na blogu, no i jestem, TADA! Czemu mnie nie było tak długo? Bo po co. Moje wpisy są zawsze takie smętne i niczegowate. Piszę tylko jak jestem zła, albo mam mega doła, a potem wszyscy czytający myślą sobie: "łał, ale ona musi być w życiu nieszczęśliwa". A wcale tak nie jest. Ale dzisiejszy wpis (przypadek?) też wesoły nie jest....
    Masakra, chujowo jest być chorym. A ja właśnie jestem, od tygodnia, bo moja przygoda z choróbskiem zaczęła się właśnie w sobotę i właśnie w Dobrym. I wszystko przez facetów jak zwykle, o :P
Ogólnie to sobie myślę, że ta grypa, to za cały ten okres, kiedy nie chorowałam (bo nie pamiętam, kiedy ostatnio to robiłam tak poważnie jak teraz), albo tak na zapas. Albo to jakaś kara boża, tylko nie wiem za co, bo przecież sesje zdałam wzorowo, haha, drugi raz w życiu xD Wzorowo, znaczy wszystkie egzaminy zaliczone w pierwszym terminie. I dostałam swoją pierwszą w życiu 5 z egzaminu, haha, jaka bzdura w ogóle ;D Ale musiałam się pochwalić :] Każdemu się chwalę, bo w końcu mam czym.
I jestem z siebie tym bardziej dumna, bo studiując dwa kierunki wcale nie jest łatwo. Zwłaszcza jeśli tym drugim jest filologia rosyjska (z nauką pięknego rosyjskiego od podstaw). Alem zadowolona, i o to chodzi.
    No. I taka jest złośliwość losu, że kiedy wreszcie po 3 latach studiów mam FERIE, to nie mogę się w pełni nimi cieszyć, bo zdycham w łóżku na jakąś durną grypę. A paszła mi wreszcie!

Koniec wpisu. Może jeszcze wrócę niedługo :P

komentarze( 1 )

 

12 lipca 2008, 02:13

    Powiem Wam przykrą mądrość z mojego życia:

Prawdziwi przyjaciele są tacy sami jak książęta na białych rumakach - nie ma ich w realnym świecie
.
Albo to ja jestem tutaj zagubiona z całkiem innej bajki i cały czas ślepo wierzę, że kiedyś znajdę swojego księcia i będę miała swojego prawdziwego przyjaciela na dobre i na złe. Otóż jak dotąd wychodzi wszystko nie tak i idzie nie ku dobremu, ale w całkiem przeciwnym kierunku. Księcia nie będzie, bo ja jestem już przeżarta całym koszem zatrutych jabłek i nie będę w stanie dojrzeć tego jedynego.
    Co do przyjaciół, to heh... to ja w tych związkach jestem ta zła i wszystko psuję. Ci co nie znają prawdziwej historii mówią: ''byłaś za dobra, miałaś rację, że tak zrobiłaś'', a Ci, co ją znają ze swojej strony mówią: ''Ty jesteś jakaś głupia, weź w ogóle o co Ci kurwa chodzi?''. I tak to wygląda. A ja już nie mam siły każdemu od nowa tego samego tłumaczyć. Zapewne nigdy nie jestem bez winy, kiedy coś się partoli, bo ja jestem do tego zdolna, w przeważającej części przypadków naprawdę całkiem niechcący (ale to u innych jest odbierane jako ''chyba jakaś pojebana jesteś''), ale też cała wina nie leży przecież po mojej stronie. I czasami (bardzo często, niemal zawsze) odnoszę wrażenie, że jednak tylko ja tak potrafię myśleć (bo ktoś, kto teraz mnie traktuje bardzo lekceważąco i zachowuje się wobec mnie wyniośle, nauczył mnie wyrozumiałości bardziej, niż to się wydaje). I co za tym idzie - ja, jako ta miękka i niepotrafiąca, albo raczej niechcąca, wykorzystywać cudzego poczucia winy, sama jestem ofiarą i jestem zjadana przez moje poczucie winy, które ktoś umiejętnie je we mnie podsycił.
    Tak jest już od dawien dawna, a ja jestem głupia, że daję tak sobą manipulować. Zamykam się w sobie, bo nie mam komu wylać swych smutków. Zamykam się w sobie i przed innymi, a potem ktoś nowy z zewnątrz próbuje dociec, dlaczego jestem taka skryta, małomówna i nie chcę się otworzyć na innych.
Zamykam się w sobie i duszę te smutki w środku, bo tak już mnie nauczono - radź sobie sama. I sobie radzę. Zbieram, gromadzę najgorsze i najbardziej przykre emocje, a potem jak już nie mogę tego w sobie utrzymać, to z siebie to wylewam. I często mówię to żartem, ale często tak się dzieje naprawdę: siadam w kąciku, przytulam misia i płaczę. Potem idę spać, zapominam i żyję dalej.
Przyrównując całkiem wulgarnie: takie wypróżnianie z siebie gówna.

A znajomi potrafią tylko powiedzieć: ''przestań się ciągle nad sobą użalać''. Jak zwykle, wiedzą najlepiej co dla mnie dobre.

komentarze( 1 )

 

20 czerwca 2008, 15:42

    Skończyłam właśnie czytać dość interesującą książkę - Cameron West 'Pierwsza osoba liczby mnogiej'. Pierwszy raz z tytułem tym spotkałam się w artykule miesięcznika Focus (nr 1(148)/2008), który dotyczył schizofrenii. Wówczas wydawało mi się to dość fantastyczne i wybujałe, ale treść książki upewniła mnie, że to co opisano w artykule, może być i jest prawdziwe.
    'Pierwsza osoba liczby mnogiej' to swoista autobiografia człowieka, który cierpiał na dysocjacyjne zaburzenia tożsamości, ale nie mowa tu o rozdwojeniu osobowości, bo pan Cameron posiadał tych osobowości aż 24(sic!) różnej płci i wieku.
Jest to dość niepojęte, ale wszystko to było wynikiem krzywd doznanych już we wczesnym dzieciństwie. Pierwsze alter ego, o imieniu Davy, pan West stworzył w wieku czterech lat, kiedy seksualnie molestowała go babcia. Oddzielając ten kawałek psychiki, który zabrał ze sobą koszmarne wspomnienia, chłopiec mógł dalej normalnie funkcjonować. W wieku ośmiu lat powstało kolejne wcielenie o imieniu Switch - był wynikiem molestowania seksualnego przez... matkę. Po zgwałceniu przez obcego mężczyznę chora psychika nie mogąc sobie poradzić z tym, co się stało i co nie powinno przytrafiać się chłopcom, stworzyła dziewczynki-bliźniaczki o imionach: Anna i Trudi.
Cameron West w dorosłym życiu był normalnym, szanowanym człowiekiem. Miał dobrą pracę, kochającą żonę i syna. Aż pewnego dnia zepchnięte w cień alter ego zaczęły wychodzić z ukrycia. I o tym właśnie traktuje książka. Autor zwierza się ze swych lęków i obaw, jest zdezorientowany głosami w swojej głowie i z pomocą żony oraz terapeutki stara sobie z tym poradzić. Relacjonuje swoje próby zrozumienia, jak funkcjonuje jego podzielony na kawałki umysł. Ta książka to dla czytelnika wgląd w działanie psychiki człowieka z osobowością mnogą.

    Szczerze przyznać muszę, że po tej lekturze nadal jest to dla mnie tak niesamowite, że wciąż wydaje mi się to nierealne, że cała fabuła to zwykły wymysł człowieka o bujnej wyobraźni. Jednak jest to historia prawdziwa.
Nigdy nie spotkałam człowieka z osobowością mnogą, więc może dlatego trudno jest mi uzmysłowić sobie, że taka choroba istnieje naprawdę. I nie ukrywam, że chciałabym kogoś takiego poznać. Byłoby to na pewno wartościowe doświadczenie.

    Proszę nie traktować tej notki jako recenzji, bo nie miała to być recenzja - i tak nigdy nie umiałam ich pisać. Po prostu treść książki wywarła na mnie tak duże wrażenie, że chciałam się tym podzielić.
Oczywiście szczerze zachęcam do lektury, aczkolwiek zaznaczam, że z pewnością nie jest to książka 'na wykłady' ;) Niemniej warto poświęcić jej trochę czasu.
(Informacja dla osób chętnych z moich okolic - książka dostępna w Olsztynie w WBP, 1 egz.)

komentarze( 0 )

 

15 czerwca 2008, 23:20

    I znowu postanowiłam coś napisać. Raz na miesiąc, dwa chyba wystarczy :P A przy okazji się muszę obyć z nową klawiaturą, więc pisanie choćby o niczym jest mi bardzo na rękę. Nawet na dwie ręce.
    Trochę mam wyrzuty sumienia, że tak stronę zaniedbuję, bo to w moim odczuciu wygląda tak, jakbym się na coś kiedyś napaliła, wzięła się za to, zaczęła robić, a potem zostawiła nie kończąc. Czyli jakby nie było - nie najlepiej.
    Mało się u mnie działo ostatnio. Całkiem zasiedziały tryb życia zaczęłam prowadzić i to też mnie przeraża. Muszę kiedy rozruszać swoje kości i poruszać się więcej ogólnie, bo jeżdżenie na kółkach fotelem po dywanie jakoś nie zapewnia mi odpowiedniej dawki ruchu, ani tym bardziej rozrywki. A jak wiadomo najlepiej jest łączyć przyjemne z pożytecznym. Cóż, trzeba będzie o tym wszystkim pomyśleć nieco bardziej intensywnie i wreszcie wprowadzić to w czyn.
    Z uczelnią już prawie skończyłam. Napisałam licencjat i została mi już tylko obrona, która oczywiście odbędzie się ostatniego dnia wszystkich terminów, 27 czerwca. Czekam z niecierpliwością i chcę to mieć w końcu z głowy. Trzeba odpocząć i nabrać sił przed przyszłym semestrem, heh...

A co dobre jeszcze z tego wynikło, to że mogę NARESZCIE poczytać książki, na które naprawdę mam ochotę, a nie te, które muszę. I poimprezować w końcu można :) Wcześniej, pisząc pracę, ciągle sobie uświadamiałam, że mam 'karę', nie mogę nigdzie wyjść, żadnych imprez. Było tylko pisanie pracy. Na złe mi to raczej nie wyszło, ale w życiu towarzyskim, zwłaszcza mojego roku historii dużo mnie ominęło, ehh. Szkoda, bo z wieloma ludzi już się pewnie nieprędko znowu spotkam, albo nawet wcale. Niestety nie wszyscy zostają w Olsztynie na magisterkę :( Szkoda.

komentarze( 4 )

 

30 kwietnia 2008, 23:37

    Tak jakoś mam złe dni ostatnio, więc postanowiłam posmęcić trochę na blogu. Zwłaszcza, że dawno dawno dawno... już nic nie pisałam. Właściwie to nie tylko blogu, bo chyba nic nie robiłam na stronie od czasu utworzenia "Całuśnej galerii". Powód jest głównie taki, że coś się we mnie wypaliło, straciłam zapał do tworzenia, uleciała kreatywność i pomysły. Całkiem sflaczała jestem, nic mi się nie chce, totalnie do niczego :/
    I tak się właśnie ostatnio czuje - do niczego. Ostatnie dni przeleżałam na kanapie przed TV lub śpiąc. I to nie to, że się nudzę - nie nudzę się. Po prostu nie mam ochoty na nic, żadnej radości życia. Nie pomagała nawet ta piękna pogoda, która się pojawiła na trochę. Nie pomogły nawet na chwilę dwie tabliczki czekolady, które zjadłam na raz. Nic, kompletnie nic.
    Do takiego mojego stanu zapewne przyczynił się też totalnie nieudany bal licencjacki. I co gorsza, z tego co zaobserwowałam, to tylko JA się źle bawiłam :/ Sądziłam, ze będzie fajnie, ludzie z grupy, z roku, świetna kadra, rozrywkowi ludzie z V roku (którzy wspólnie z nami robili swój bal magisterski).... A tu wyszła kicha. Siedziałam, jadłam i piłam. Na 8h imprezy pojawiłam sie na parkiecie może z 7 razy, na jedną, góra dwie piosenki. W sumie nie dziwię sie - każdy dbał o siebie i swoją osobę towarzyszącą. Ja takiej osoby nie miałam, a o siebie nie umiałam zadbać (a zazwyczaj dobrze mi to wychodzi). I chuj.
Jeśli chodzi o bal, to po prostu nie mam o czym mówić. Nawet nie mogę powiedzieć, że się choćby źle bawiłam, bo nie bawiłam się wcale :/ I nie mam czego wspominać.
    Jedyne co ostatnio wychodzi mi najlepiej, to spanie. Spać chodzę jak zwykle koło 01:00. Już nie 03:00, a i takie pory mi się zdarzały. I pomimo różnych godzin chodzenia spać, budzę się zawsze tak samo - im później, tym lepiej. No bo po co właściwie mam wstawać? Moje życie jest marne. Niby mam 22 lata, ale niczego wielkiego nie osiągnęłam czym mogłabym się pochwalić. Moje zainteresowania ograniczają się do książek fantasy i tak coraz częściej w ten świat uciekam. Zwłaszcza moich fantastycznych snów - tam przynajmniej się coś dzieje. Jest kolorowo, mnóstwo przygód, ciekawych postaci... Gdybym tylko miała talent pisarski i umiała sny swoje przelać na kartki, to może mogłabym zająć się pisarstwem. Ale nawet tego nie potrafię.
    Tak samo praca licencjacka..... Niektórzy już swoje oddali do poprawki w całości, niektórzy mają już przynajmniej 2/3, a mi to wszystko idzie jak krew z nosa... Mam ledwo jeden rozdział i nie mogę się zagonić do pisania następnych. Nie mam natchnienia, nie mam pomysłu, nie mam ochoty, a dni spędzam totalnie bezproduktywnie. Żebym to ja chociaż na coś wartościowego ten czas marnowała, ale nie....

    Ostatnio się zastanawiam, czy nie iść do jakiegoś psychologa ze sobą czy do jakiegoś innego lekarza. Co do senności i ogólnej apatii to pomyślałam sobie, że już chyba wolałabym się dowiedzieć, że jestem w ciąży - przynajmniej bym wiedziała jaki jest powód mojego stanu. Ale z tego co wiem bez faceta to tak nie bardzo się da, a pomimo moich podejrzeń mama mówi, że jednak nie jestem wiatropylna. Cóż...
Tylko siedzę w domu i wzdycham. Rodzice już się zaczęli martwić. Patrzą na mnie podejrzanie i pytają, co mi jest. A ja nie wiem co mi jest! Jest mi źle! Wcześniej mogłam to zrzucić na przesilenie wiosenne, ale już się chyba raczej skończyło. I teraz nie wiem.... Depresja znowu?

komentarze( 2 )

 

15 lutego 2008, 22:12

No pięknie, zostałam niemalże potępiona przez rodziców, że nie dostałam w tym roku żadnej walentynki :| Dobra, może przesadziłam z tym potępieniem, ale zdziwili się bardzo mocno i skwitowali, że 'oj, to coś słabo...'. A co ja na to poradzę? :P
Dostałam kilka smsów, w tym od Simplusa, że jest promocja w Top Secret. I jeszcze od swojej dziewczyny (buziaki Martynko :*), z policji (:]) i od samego Azazela (płomienne pozdrowienia ;)), co było chyba najmilsze, bo się w ogóle nie spodziewałam, i.... no.. i już.

A tu rodzice wielkie mi rzeczy robią, że nic.

Cóż, dla mnie ważniejsze było, by zaliczyć Letką poprawkę z historii powszechnej XX w., co mi się szczęśliwie udało i dla mnie to była najlepsza "walentynka" :D

komentarze( 1 )

 

..::ARCHIWUM::..

2009
marzec
luty

2008
lipiec
czerwiec
kwiecień
luty

2007
grudzień
listopad
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2006
grudzień
listopad
październik
sierpień
maj
kwiecień
marzec
styczeń

2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

This site is a part of action.